Uszczęśliwianie siebie. Jest trudne. Obarczone kłuciem w głębi siebie – bo przecież nauczono mnie dbania o innych. Ja nie powinnam stać nawet na końcu kolejki do własnej opiekuńczosci. Bo to egoizm. Grzech. Niewłaściwość taka niezrozumiała.

Nie powinnam posiadać potrzeb, a nawet jeśli już są to nie artykułować ich. Przemilczeć. Bo kiedy zobaczą światło dzienne wyjęte przeze mnie z dna siebie i wypowiedziane do kogoś jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniają się w pretensje. Sieją dyskomfort współosób w mojej egzystencji. Bo to przecież nienormalne, że mogę czegoś dla siebie oczekiwać. Również od siebie samej.

Zapominanie o sobie – duża wartość w naszym świecie, a może w naszej kulturze. Kiedy mam czas dla siebie nagle łapię się na tym, że czuję się jak złodziej. Jakbym kradła coś należnego innym. Obarczona wyrzutami sumienia powiększanymi przez roszczenia otoczenia. Ciągła komenda daj innym, bo po to jesteś.

Wyrywam z siebie te uczucia. I szczepię nowe – chcę się rozpieszczać. Chcę poczuć swoją wartość w pełni. Być szczęśliwa. Zasługuję na to. Po prostu. Bez żadnych uzasadnień. Jestem człowiekiem i dla samego tego faktu jestem warta miłości. Swojej i innych. I też chcę móc powiedzieć daj. Powiedzieć to zwłaszcza do siebie. Nauczyć się opieki siebie. Daję więc sobie czas i uwagę. Nie w nadmiarze. W potrzebnym odcinku czasowym każdego dnia. Dla własnej higieny duszy.

Tak sobie myślę, że najtrudniejsze w naszym życiu jest stworzenie więzi przyjaźni z kimś kto zna nas od podszewki – tak zalety jak i wszystkie nasze wady, i złe strony. Stworzenie więzi przyjaźni ze samą sobą. Spotyka mnie tyle złych zdarzeń, że bycie dla siebie wsparciem i opiekunką jest niezbędne by przetrwać. Nikt nie zapewni mi takiej miłości jaką mogę dać sobie sama.

Chcę więc być dla siebie miła. Chcę sie o siebie troszczyć. Chcę dawać sobie szczęście. To niełatwe.

Ale zdecydowanie możliwe!