Szłam brzegiem morza pochylona nad urzekającym mnie pięknem krajobrazu. Nie widziałam ludzi i nie chciałam by i oni mnie widzieli. Zanurzona w sobie. Myśląc o niemyśleniu i rozpięta pomiędzy bytem od tu do nigdy. Niczym postać z bajki. Zasłuchana w szum fal wzburzonego wiatrem morza i w krzyk mew tęsknie płaczących za otwartą przestrzenią.

Przysiadłam na falochronie pozwalając na lizanie moich stóp morzu czule obdarzającemu mnie zimnym dotykiem. Patrzyłam czekając aż złota kula zgaśnie utopiona w linii horyzontu. Chłonąc atmosferę wspólnoty z naturą. Wiatr bawił się plącząc mi włosy.

Kiedy pojawił się kilka kroków ode mnie początkowo go nie zauważyłam. Ale po jakieś chwili dotarła do mnie natrętność spojrzenia w oczy i spowodowała narastającą irytację. Chciałam być sama. Niezakłócona niczyją obecnością. A jednak odpowiedziałam usmiechem na uśmiech. Nie wiedząc dlaczego. Szybko jednak odwróciłam wzrok do słońca.

Zaskoczył mnie dotyk na dłoni kiedy nagle poczułam jego palce. Cofnęłam rękę i odwróciłam się spotykając jego palec na ustach nakazujący milczenie. Przysiadł obok – bezpiecznie oddalony na odległość wyciągniętego ramienia. Nie czułam starachu. Zaskoczenie zostało zastąpione poczuciem bepiecznego spokoju. Błogości.

Trwaliśmy więc podziwiając. Wspólnie ale odrębnie – piękno rozlewające się po niebie i morzu ciepłem promieni otaczających wszystko dookoła. Otuleni zachwytem. Niemo.

Kiedy ostatni blask dnia schodził ze świata witając się pocałunkiem z następującą cichym aksamitem nocą wstaliśmy jednocześnie. Podał mi z uśmiechem moje klapki, pocałował moją dłoń miłym, miękkim dotykiem ust i odeszliśmy w różnych kierunkach. Bez słowa między nami. Rozświetleni uśmiechem w nas.

Wypełnieni zrozumieniem. I poczuciem wspólnoty przy zachowaniu odrębności.

Dziękuję – jeśli to czytasz.