Może zwyczajnie przepełnia mnie niekompetencja. Do współistnienia. Dzielenia. Rozumienia. W tym gąszczu słów o znaczeniach wielu… Może zbytnio dążę do prawdy. Która nie istnieje? Może jestem zagubiona w tym innym świecie, gdzie wartości mają swoje prawa do isnienia. Taki byt nie może się odnaleźć na tej planecie. Czy można posiadać coś, co nigdy nie istniało… zatrzymać, gdy ucieka…

Ludzie mijają mnie, patrzą zaciekawieni i przychodzą do mnie z całym bagażem swoich oczekiwań, ocen i spostrzeżeń. Nadają mi własne imię i oznaczają cechami, których nie noszę w sobie. Są zdziwieni, że nie ma we mnie zgody. Na przystosowanie.  Jestem niewygodna własnym zdaniem. Zawsze z argumentem przeciw.

O ileż prościej jest przyjąć nakładany innymi rękami na siebie mundurek oczywistości. Wygody. I tego przekonania, że ktoś przyszedł z własną racją, która do mnie pasuje. I jest miło…

Tylko czy chodzi o to by było miło i wygodnie wbrew…

…czy też prawdziwie?

W zgodzie…