Nie chcę. Wymiaru prowizorycznego. Dziś pełnia i chcę ją poczuć w sobie.

Chcę żeby ktoś spojrzał przez moje oczy. Widział. By dotknął w środku. Jestestwa. Odnalazł co ukryte głęboko. Przed każdym. W ogromnej obawie. Żaden nikt do tej pory nie chodził po tych światach. Schowanych. Ci którzy próbowali spadli do podłoża szklanej góry. Bez chęci prób ponownych. Nikt nie pokonał…

Stoję w świetle nocy i zdejmuję. Rozbieram się ze wszystkiego co nie moje jest. Nabyte innymi. Wyciągam na powierzchnię każdy ślad. Najmniejszy. Nie chcę ich. Układam na stosie jedno po drugim. Dziwne takie jest. Moje i nie moje. Ja i nie ja. Swoja i obca. Oglądam jakbym widziała pierwszy raz. Jeden i ostani, by nie musieć już mieć. Zapalam zapałkę i patrzę jak ogień ze swoją siłą czystość przywraca. Mojemu spojrzeniu.

Boli? Nie. Zadziwia mnie to czucie bez. Pełnia smaku jaką czuję nagle moim ciałem pustym w obce. Patrząc w gwiazdy wyciągam sztywny gorset kręgosłupa. Zostawiam miękkość. Pokruszoną dotąd. A teraz w pełni lśniącą pięknem.

Czuć chcę.

Dać się ponieść pasji.

Chłonąć.

By żyć w pełni.

By żyć.

W pełni…