Jest we mnie wyraźna potrzeba. Ta tęsknota przenikająca całą moją osobę. Czasem czuję jej brak tak wyraźnie, że zamykam oczy, by pomóc sobie zacieśnić formę oplatającą moje ja. Nie pozwolić by pękła…

Bliskość. Taka prawdziwa w doświadczaniu. Bez zbędnych osłonek. Wsółodczuwana. W drugim człowieku.

I mam jednocześnie świadomość, to głebokie przekonanie, że tak trudno jest mnie samej. Odkryć ją dla siebie.  Znaleźć akceptację tego co we mnie prawdą schowane jest w głębokich czeluściach. By nie ogladać.

Perfekcja, doskonałość, ambicja, dążenie by dalej, wyżej, więcej… bez oddechu, bez doświadczania przerwy w ciągłym dążeniu, by zadowolić, bo umknie, bo trzeba, bo taki wymóg. Zawsze obecne w moim życiu. Nie buntuję się. Wiem, że z jakiejś nie wyjaśnionej przyczyny taka jest kolej rzeczy. Zaciskam zęby, by nie pozwolić sobie na wypływanie tego co gdzieś w środku wie. Że to nie ja. Że to tylko rola. Ale tak przyklejona, że jest mną. Drugą…

I nagle po latach staje się jasne. Że to kłamstwo rozbudowane przestrzenią i rozgałęzione w całej mojej osobowości przez kolejne warstwy nakładane latami. Upiększane systematycznie i wytrwale, by pozornie nie sprawiały niewygody. Kiedy nagle odkryte zostają… staję się naga strachem. Bo czy ja siebie znam? Kim jest ta osoba w środku skulona pomiędzy żebrami?

 

Teraz wiem, że jestem niedoskonała w swojej istocie. Bo mogę. Tak zwyczajnie i bez fajerwerków – mogę. Pozwalam sobie na to i z uśmiechem prostuję skrzydła.

Są piękne. Rozłozyste i pełne czarnych piór. Ułożonych nieregularnie… w ten jedyny sposób, który sprawia, że jestem mną.

Tak bardzo niedoskonałą.