Drobnymi igiełkami rozpełza się

po rozgałęzieniach mojego ciała.

Paraliżuje

zdrowe odruchy.

Jest.

I stoję

z otwartymi szeroko oczami,

i rzucam się na wiatr.

Zachłannie czerpiąc

by przekonać się,

że powietrze jednak istnieje.

Na próżno

próbując zmusić się

do odzyskania pojemności

płuc.

Dzis nie ma.