Nieposkładana wciąż w całość jestem. Czasem zastanawiam się czy to moja szczególna nieudolność, czy też celowe działanie. Wypełnione premedytacją. By podarować sobie jeszcze trochę czasu. Potrzebnego dla zaprzyjaźnienia się z istotą wypełniającą przestrzeń w moim mózgu i pomiędzy żebrami.

Fascynuje mnie ta osoba. Niczym obiekt badawczy. Z uwagi na fakt, że jesteśmy ze sobą razem całe moje życie – najdłuższy związek w jakim kiedykolwiek z kimkolwiek tworzyłam – a nadal pozostaje nieodkrytą zagadką. Potrafi zaskoczyć czuciem. Takich zagadnień, które zawsze pozostawały poza moją percepcją, oddalone lata świetlne od rozumienia. Nieracjonalne. Bezwzględne. Przyczulne. Zdarzające się w innym świecie innym ludziom. Mnie nie. Bo nie dotyczą przecież.

Są takie chwile, w których zalewa mnie czucie niezrozumiałe zupełnie. Nieznajome w swoim rozwoju ale również w fundamencie. Jakby działo się poza moją świadomością. Wrośnięte w moją istotę od zawsze ale nie moje. Bo ja zbudowana z kryształu jestem i jak pryzmat przepuszczam przez siebie światło tylko. Dlaczego więc w lustrze widzę bryły czarnego węgla bez odbić świetlistych z rozkruszonym pyłem dookoła? Jak mogę w sobie mieć – zupełnie oswojone – to co potępiam u innych. Bo karygodne jest – niezależnie od genezy i uwarunkowań. Nie akceptuję. Ale czuję przecież…

Tęsknię. Ciągle wypełnia mnie to przeszywające uczucie tęsknoty. Do zrozumienia. Do akceptacji. Siebie. Przez siebie. Dążę do bliskości o jakiej śnię… z innym człowiekiem.

Ale czy mogę ją stworzyć nie czując bliskości ze sobą?