Jak bardzo chciałabym czasem zostać tym embrionem jakim byłam w początkach swojego istnienia w tym życiu. Skulona w świecie komórkowym tylko trwać. Bez ukształtowanego jeszcze ciała i jego poszczególnych organów bez nerwów, bez mózgu, bez serca…

Nic między moimi żebrami nie mogłoby wtedy dławić, bo nie istniałyby żebra jeszcze. Nie istniała nazwa dla dławienia. Ani jego przyczyna. Marzenia jakie są ze mną zawsze nie byłyby jeszcze znajome. Zbyt wcześnie. Dopiero zawiązek istnienia, by dział się. Bez świadomości. Nic więc nie rozpadłoby się rozpryskując szkłami po podłodze.

Tylko byt. Byłby. W czystej postaci. Potrzeby elementarne do funkcjonowania. Nic ponad to.

Czy komórkę można zranić? A gdy to się jednak stanie…

… czy czuje?

Jest tego świadoma?