Nie czuć. Nie myśleć. Nie istnieć.

Unosić się na fali wyobraźni tylko. Pozbawioną być ciała. Materią. Niematerialną. Zwolnić ramy. Zburzyć mury. Rozpruć wszystkie szwy, jakimi z pieczołowitością zaszywałam. Wyrwać wszystkie gwoździe, którymi zabijałam.

Nie czuć. Nie myśleć. Nie istnieć.

Zostawić ten wymiar i zagłębić się w stumieniu bycia tylko. Świadomością. Nie… nie świadomością. Czuć jedynie całą sobą. W ten sposób prawdziwy. Odkryty zupełnie.

Bez istnienia kłamstwa. Bez osłon. W samym sednie być. Porzucić istnienie dla odnalezienia istnienia bytu.

Odkładam nóż. Jego ostrze brudne najpierw wycieram. Rany zadane bolą. Niczym. W porównaniu do środka czucia, gdzie ogień żyje. Modlę się o bluszcz wybujały, ciepłą otuliną, by wyrosły we wnętrzu trucizną oplótł i wyplenił. Noc we mnie zamyka mi oczy na światło. Nie pozwala rozwinąć skrzydeł, na których nie ma juz bieli od dawna. Ja czarnym aniołem obudzona dzisiaj, ślepa, idę przed siebie, stawiając bose stopy… przed siebie idę.

Dokąd…?

Rozkrzyczane stopy biegną coraz szybciej. Pełna ciszy głuchnę. Nie widząc drogi bładzę. Po omacku patrząc pozbawiona wzroku. Krzykiem jestem…

Zerwać chę, wyplenić, zniszczyc, zabić… by wreszcie poczuć.

Smak powietrza w płucach napełnionych.

Wolnością.