Gołębie. Cztery. Na dachu. Obserwowałam dziś przez okno.

Być takim ptakiem…

Martwić się o zajęcie sobą tego najlepszego miejsca wypełnionego promieniami słońca padającymi pod najwłaściwszym kątem do ogrzania piór. Jaka ładna to myśl…

Wracałam spacerując w parku bez pośpiechu i modliłam się do mojego anioła, by uwolnił. Odwewnętrznie. Deszcz spod moich powiek. Nie posłuchał. Zaciągnął żaluzję transparentną dla światła. Nie zniekształca obrazu. Ale nie przepuszcza łez. Czuję ich ciężar, kształt, zapach … ale nie dotyk na policzku.

Osty przekwitają blaknącym fioletem. Mija lato… wreszcie. Choć dziś widziałam pszczoły uganiające się za nektarem. I ugryzł mnie komar – jeden czy dwa razy… nie wiedział, że dostaje w podarunku suplement…

Słońce żarem przekonuje, że jeszcze nie ma jesieni. Ale liście żółtym kolorem malowane zaczynają obsypywać się z drzew. Szeleszcząco pod stopami układając kobierzec.

Widzę to całe bogactwo przyrody i pochylona nad pająkiem, który pracowicie buduje srebrną napiętą nić, czekam.

Na szept wiatru… co opowie mi, że to dziś kiedyś będzie wczoraj… i straci na znaczeniu.

Na szept wiatru… co oddechem muśnie moją szyję i sprawi, że poczuję…

Że poczuję.

Przez chwilę.

Bez pustki i natłoku…