Noc gęścieje i zdaje się, że jej zwyczajowy muślin przechodzi nagle w gruby filc jakim wypełnia odczucia, klęczę rozkładając jej materiał na moich kolanach. Patrząc na jej strukturę zbitą. Rozkładam przędzę z jakiej utkano tą jednolitą fakturę. Rozdzielam nitka po nitce i podziwiam wnikliwie kształt poszczególnych jej komórek. Jak inne czasem bywa moje spojrzenie na ciąg zdarzeń… jakie powtarzają historyczne ścieżki po jakich już chodziłam.

Nie czuję smutku. Obiecałam przecież. Pogodzenie przenika mnie wraz z postępującą utratą ciepła. Dłoni. Słyszę szum skrzydeł pełnych piór dopiero wyrosłych. Nie widzę jeszcze. Zbyt szybko. Anioły wokół mnie uśmiechają się i słyszę suchy dźwięk bębnienia spadających łez. Bo same się garną do policzków nagłą potrzebą… Idę na dach z płomykiem. Nie gaśnie…mimo oddechu wiatru.

Do zobaczenia.

I nagle staje się jasne, że nic nie musi być oczywiste. Przesądzone. Jednoznacznym skutkiem. I perspektywą czasową. Nagle taniec na szkle kruchym pod rozpalonym wulkanem przeradza się sekwencją kroków. Nie poruszam się po śladach. Szukam innego rytmu pulsowania serca. Innego szumu krwi przesuwanej w żyłach. Potępiona przez innych. Za swoją śmiałość. Wyzwanie. Bez możliwości poniesienia straty. Bo i cóż można stracić w tej określoności skutku. Zawsze jednego. Oswajanie strachu. Kolejny raz… ta tresura bez nagrody… Cięcie. Strach to tylko emocja karmiona mną. Powtarzam jak mantrę – strach to tylko emocja karmiona mną. Powtarzam… wierzę (?).

Cięcie.