Zatrzymana w biegu usiadłam. By znaleźć zrozumienie… w sobie.

Pogodzenie… może.

Świat biegł dalej a ja niczym w pociągu obserwowałam mijające obrazy przesuwane przed moimi oczami. W bezruchu siebie.

Coś jednak wcześniej pękło i istnienie straciło o jeden wymiar więcej na kolorystyce.

Brak rozprzestrzenił się jednym więcej.

Patrzę na swoje pióra na skrzydłach rozpięte. Czarne z bladą poświatą szarości końcówek… Olbrzymie skrzydła bez możliwości uniesienia.

Ale są przecież.

Milcząc słuchałam szeptu wiatru. Opowieści o pięknie dzielenia szeptanej prosto do ucha.

Pomogłam…

?

Wylałam z siebie akceptację nieuchronnego. Na innych.

Dla mnie go brak.