Deszcz. I jego spadające krople… zagubiłam się w nich. Od kilku dni. Spacerując…

Stałam wczoraj w deszczu i przyglądałam się… Strukturze lejącej się z góry jednostajnym tempem, jednolitą siłą… Ściana wody… ale kiedy podnosi się głowę do góry, bez osłony parasola, można podziwiać… tor ruchu pojedynczej kropli składającej się na całość potoku… Jedno małe istnienie bez którego całość nie byłaby tą samą całością…. jeden niewielki byt w ogromie… ogrom w bycie…

I tak lubię, kiedy widać i można poczuć.

Stoję z uniesioną głowę i otwieram oczy w deszczu. Niebo spada mi na twarz… by objąć… by dotknąć… by dać odczuć… By odnaleźć to, co jest lecz ukryło się przed moim wzrokiem.

Świat wypiękniał, choć to przecież prawie niemożliwe, kiedy jesień tak bajkowo rozkłada paletę barw na otoczeniu. Dziś na rzece podziwiałam spadające do niej z pluskiem krople deszczu, rozbryzgujące się na tafli wody koroną krągłą … sprężyste, urwane, burzące spokój… Gdzieś w środku nurtu kaczki tworzące regularne koło w tańcu zaklinając… z piórami, po których spływał deszcz… I liście drzew nad nimi błyszczące lusterkami powierzchni, na których odbijały się promienie latarni ulicznych… niczym posypane brokatem te liście – złote, pomarańczowe, czerwone czy żółte. Każdy z pojedynczym diamentem kropli spadającej z jego wierzchołka…

…cuda natury przede mną, dla mnie, we mnie…

Pokora we mnie obudzona nagle tą całą wspaniałością. I fakt, że czuję się jak mrówka w jej bogactwie. Przytłoczona wielkością… zjednoczona z całością tego świata w trwaniu.

Istnieję… w połaczeniu…

Symbiozą.