Rozbiegana we wszystkich kierunkach jednocześnie. Czuję jak wymyka mi się zbyt dużo i zbyt dużo nakłada na siebie. Rozbiegana całkiem jak dworzec kolejowy, na którym krzyżują się drogi i biegają moje myśli niczym ludzie do pociągów… Nie mogę przestać zmieniać peronów. Czy informacja się zacięła i jak zdarta płyta powtarza. Że wciąż oóźniony na innym torze jest… czy to ja nie mogę zdecydować o celu podróży?

Kiedy biegam po kolejnych schodach lub ruchomych chodnikach dociera do mnie myśl. Jak miło by było nie być jak dworzec z jego histerią chaosu wciąż zmieniającą parametry, a na przykład zmienić się w ulice miasta w niedzielę. Takiego na przedganku dużej aglomeracji, schowanego nieco za plecami dzisiejszej rzeczywistości. Gdzie leniwie czas mija w ten siódmy dzień wypoczynkowo – świąteczny w tygodniu wypełniony tym rytmem swoistym tradycji od pokoleń niezmiennych. Odświętność stroju na mszy porannej i wspólny obiad przy dużym stole. Spacer po nim i dzielenie się sobą. Z dziećmi w beztroskim skakaniu po chodniku, gdzie rosną odkrycia dużo większe niż te jakich dokonywali wielcy podróżnicy. Te uliczki, a właściwie drogi, leniwego odmierzania czasu bez zagonienia pogoni szczurów w klatce. W miasteczkach, gdzie przy płotach stoją ławeczki, na których tworzy się sąsiedzkie życie…

Wezmę więc dziś krzesełko i usiądę pośrodku holu dworcowego. Zamknę oczy i poczuję.