Czarne skrzydła

mojego istnienia

skrzą się

czuciem.

Krople wody

spadające ze źródła

z jakiego czerpię

odbijają światło

osiadając na piórach

i barwiąc je dodatkowymi odcieniami

rozszczepienia w pryzmacie.

Staję

i rozciągam stelaż

czarnej materii

tak pieknej wreszcie.

Odrodzonej.

Odnowionej.

Pełnej.

Ja zagubiona dotąd

ziarnem piasku

ukrytym w muszli

na dnie

gdzie przeleżało

nagle

wyjęte na światło

czarną perłą.

Opromieniam…

Słyszę szelest…

Wiatr przyzywa

do lotu.