Czasami chronię się przed światem pozorem podejmowania decyzji. Takie pokazanie określonej siebie… silnej. Chociaż rano nie miałam odwagi na rozpoczęcie dnia i naciagałam kołdrę na głowę udając, że zapach snu jeszcze wzywa mnie do siebie jak świeżo zaparzona kawa…

Jakim ja jestem człowiekiem? I czy można tak jednoznacznie… może mam po prostu zły charakter i nie umiem chodzić po wybranych dróżkach zawsze… bo czy mogę myśleć o sobie w sposób egoistyczny? Kto lub co daje mi takie prawo i z jakiego powodu? Czy mogę, powinnam w ogóle… Może nie zasługuję… może nie umiem… Może dobro we mnie ulotniło się jak kamfora zginęło i już nie wróci.

Boję się czasami w sobie tego czucia. Które otwiera we mnie zmysłami widzenie. Większe, dokładniejsze, pełniejsze. Daje obraz z perspektywą i wymiarem innego rodzaju. Ta cholerna wrażliwość… czy jest we mnie od urodzenia? Czy przybłąkała się po jakimś czasie jak zapomniany kundel zostawiony przy drodze niekochaniem i przygarnięty w chwili nieuwagi? A teraz merda ogonem za każdym razem, kiedy chcę być bezwzględna i bez niego, i już nie umiem…

Czy gatunek ludzi do jakich należę to unikat?

Za kilka lat nadam się tylko jako element poboczny obrastający kurzem w muzeum…

Eksponat.