Spacerując ścieżkami moich dawnych kroków patrzyłam. Na uliczki miasta tak już inne dla mnie dziś. Zmienione architekturą i zasiedleniem przez inne… Teraz to inne jest właściwe dla kogoś w moim wieku z kiedyś. Wypełnia jego świat budując przyszłe wspomnienia… Czy też w zderzeniu z tym kimś z późniejszego potem będzie staonowiło inne?

Stały element życia to drzewa. Które przetrwały… Te same, w tych samych miejscach, tylko bogatsze w kolejne warstwy słoi. Przytulam się do nich i zauważam… One nie śpią teraz. Tylko odpoczywają tym snem po trudach pozostałych trzech pór roku. Bezkwietne. Bezlistne. Bezowocne. Bez życia. Martwe śpią. Ale inaczej niż ludzie, bo ciepłem napełniona jest ich kora. Choć płuca nie czerpią powietrza, a serca nie biją…

I zazdroszczę im tej mocy. Kolejnego odrodzenia. Zmartwychwstania wiosną do nowego życia…

Takie piekne… w swej zadumie zakończonego cyklu istnienia. Spokojne i pełne pokory.

Przytulam się do nich i słucham. Ciszy. W nich.

Czekam, aż się napełnię…