Czasem powietrze jakim oddycham staje się materią o kanciastych krawędziach.

Tnie tkankę mojej skóry zewnętrznie… Obijam się o to powietrze z każdej strony jak o mur. Posiniaczona. Pokaleczona jestem. Wciąż się spiesząc nie wiedząc dokąd. Po co ? Tak gnam. Jakby moje serce było tykaniem zegarka, który wciąż przyspiesza z każdym uderzeniem sekundnika…

Przystaję zdyszana i zaczynam patrzeć. Podziwiać. I łapać sie na chwili. Jaka jest pieknem w swoim brzmieniu, gdy ją widzę z bliska pochylona. To wartość.

Widziałam dziś…