Splatam i rozplatam moje słowa jak warkocze niesione przez wiatr. Próbuję je ułożyć w zadnia ale mam jakiegoś rodzaju niedowład. Myśli. Wezbranych jak potoki wiosną, z jakimi łączy się roztopiony śnieg. Na oślep niesione siłą spadania po terenie w dół. Całkiem bezbronna i tak mała chowam się w bezmiarze tego tchnienia. Odechu jaki mnie porywa, zalewa falą wezbraną i nie pozwala na wypłynięcie…

To prawda. Kiedy się milczy nie jest to równoznaczne z tym, że się nic nie mówi.