Te chwile. Są. Kiedy czuję ją naprawdę. W sobie. Mgnienia przez ułamki sekund. Mój oddech rozwija skrzydła całkiem i czuję namacalność powietrza jakie zamykają moje płuca. Czystość, łatwość, pełnia. We mnie wtedy…

Wolność.

W tylu kolorach powierzchnia potrzebna…

Prawdziwa wolność we mnie to brak konieczności czynienia krzywdy. Zdolność tylko i wyłącznie zachowań pozbawionych podtekstów. Tak. Myśli czarne, atramentowe, wypełnione mną. Czyny i zachowania – błyszcząca materia dobrych uczynków… podbita podszewką otchłani jaka we mnie drzemie i czasem wybudza się z uśpienia. Dwuznaczność. We mnie jest.

Wybaczanie.

Tak chwilami nierealne niczym magiczny graal mojego istnienia… wchodzenie pod górę. Zbyt stromą do osiągnięcia. Krok za krokiem, wyżej, i krok za krokiem, w dół. Bez osiągnięcia tego wzniesienia nie rozwinę skrzydeł. Klatka w jakiej jestem niszczy moje pióra… wiem to. I tak boli świadomość, że wymażę, rozgrzeszę, zapomnę…

Konieczność.

Wymazuję gumką szkice z obrazów mojej pamięci. Ślady, zgniecenia, zagięcia…

Powtarzam szeptem mantrę: prawdziwa wolność polega na braku poczucia przymusu krzywdzenia.