Rozeszłam się dziś we wszystkich kierunkach… po dniu biegając.

Nalało się we mnie różnorodności… chcianych i niekoniecznych ale istniejących. W ramach mojego obrazu jaki zamyka mi ciało. W środku moje oczy widziały, ale te zewnętrzne pochłonięte były pozorami… Mój kieliszek przepełniony… ze strugami po jego ścianach ociekającymi. Droga. Głowa roztargana wiatrem zakwitła tysiacem myśli – jabłonka obsypana kwiatami na wiosnę… choć wokół wirował śnieg tańcem płatków. Droga. Droga wiodła po moim czarnym kocie powodując w nim narastanie żałosnego śpiewu. Lubię przecież czarne koty najbardziej. Ale dziś nie. Dziś jego naprężony grzbiet przeszkadzał. Bardzo.

I myśl, że tam gdzie szukam nie powinnam patrzeć. Bo to przestrzeń obca, inna, niezbadana. Narośnięta i powstała w wymiarze ochronnym jakiego nie mogę przekroczyć. Ale mogę pokazać zrozumienie i dotrzeć do tych warstw, które czekają odsłonięcia. Bo to tylko powłoka. Złudzenie. Jakie rozbić może moja szczerość i chęć. Empatia. Wystarczy dmuchnąć i bańka pęknie ujawniając…

Irytacja. Niezrozumienie. Złość. Poczucie straty. Rozmijania. Przeciwstawność nagła, bo też czułość, obecność, wspólnota, radość, przytulenie, bycie… dwuwymiar, dwosobowość.

W gruncie rzeczy chodzi o to, by istniały ramiona, które obejmą w każdej sytuacji, a tej zwłaszcza, w której całkiem bezbronna chowam się w oddechu… I ta świadomość, że kiedy mój anioł stróż poczuł się strudzony na tyle, że łapie oddech w przydrożnej karczmie zostawiając aureolę za jej drzwiami, to słyszę jednak wokół siebie szelest niestrudzonych skrzydeł.

Aniołów po-życzonych czułym zrozumieniem.

To wystarczy.