Delikatna warstwa lodu na kałużach rano… spaja wodę i łączy jej tkankę. Wygląda jak blizny po oparzeniu zbyt gorącym… rozpalone uczucia zatrzymane w biegu nagle. By nie objęły zbyt silnie.

Moje emocje. Takie nieobce a inne.

Siedzą głęboko schowane i opromieniają mnie całą.

A jakbym zupełnie nie swoimi oczami patrzyła w ich środek.

Niby ja a jak nie ja.

Ta zamknięta nieobecna co jestem.

Widz i autor jednocześnie.

Ujęcie z dystansu potrzebnego.

Wyciągam dłoń.

Przyjmuje chowając nieufnie zęby.

Zrozumienie?

Czy wykupienie czasu tylko?

Nie wiem…

Ale chcę wierzyć.

Chcę zrozumieć.

Jesteśmy przecież takie same.