Bojąc się zranienia buduję wysoki mur. Ubieram się w codzienną pozę niczym w zakładaną biżuterię i pogrążam w tęsknocie za tym, by przez chwilę choć być bez. W pogoni za prawdą izoluję się od sedna siebie i innych. Bo kiedy stanę w świetle dnia bez licznych ozdobników tak łatwo jest mnie skrzywdzić. Obronię się więc tarczą pozy, by żaden nikt nie miał dostępu do pokładów miękkiego we mnie. W zbroi nie draśnie mnie tak łatwo…

A potem kiedy zostanę sama i zdejmę całą tą osnowę i popatrzę w lustro poczuję… że chcę odkrycia, zauważenia, wrażliwości i ochrony. Nie swojej.

Dziękuję, że mam w sobie tą naiwność, która nie nauczyła się następnym doświadczeniem. Nie rozciąga na nowe osoby jakie stają na mojej scieżce. Dziękuję za naiwność. Która wciąż od nowa pozwala na zaufanie. Z nadzieją, że kiedy schowam kolce i pokażę delikatność rozkwitnę wreszcie ogrzana przez napotkane światło. Tej właśnie prawdy. Właściwej odkryciem dla obojga.

Dziękuję, że to wcale nie naiwność.

I że doświadczam. Pozbawiona strachu. Prowadzona przez otwarte drzwi, przez które mam odwagę wejść. Wiedziona nadzieją, że otwarłeś je dla mnie.