Dzisiejszy świat. Tak pełen obietnic spełnienia w każdej dziedzinie. Po brzegi a nawet poza nimi nakierowany na odkrywanie potrzeb we mnie, definiowanie ich oraz dawanie. Tylu zaspokojeń niepotrzebnych zupełnie… Ciągłe szukanie – by więcej, mocniej, namacalniej. Sztaby specjalistów wciąz pracujący bez wytchnienia, by zidentyfikować moją nową, nieodkrytą naturalnie przez mnie, niezbędność. Bo przecież ja sama wcale nie wiem czego chcę – trzeba mi o tym powiedzieć. A potem zaoferować wykreowany produkt w promocji dnia trzy za dwa.

Pośpiech we wszystkim co się zdarza – pobieżnością rysowany. Bo ciągle brak czasu… na zatrzymanie. Bo tykanie wskazówek zegara wciąż przypomina, że jest zbyt późno… Urodziłam się już spóźniona w swoim czasie i od tego momentu żyję w ciagłej pogoni. Jak większość bezkształtnej masy zwanej ludźmi. Błahostki, błyskotki, nieistotność to cała treść.

Czego potrzebuję…

Rzeczy trudnych, jakie niewielu potrafi dać. Doceniania prostoty. O którą tak trudno teraz. Zatrzymania na chwili i obejrzenia jej właśnie teraz – najpiękniejszej rzeczy jakiej mam okazję dotykać. Nie chcę konieczności sushi tylko zachwytu nad kanapką z dżemem truskawkowym jedzoną rano w piżamie, kiedy słońce dopiero znaczy swoją obecność a wiatr bawi się kosmykami włosów noszących jeszcze nieuczesane ślady nocy. Chcę czuć smak kawy parzonej tak jak lubię, bez śladów spienionego mleka i syropu z Coffee Heaven. Chcę by tą kawę wlał mi do kubka ten ktoś kto wie, że taką właśnie lubię – wymieszaną z mlekiem i zupełnie bez cukru, bo słodzi mi ją spojrzenie jego oczu, jakie w zupełności wystarczy. Chcę zachodów słońca na plaży i zimnego dotyku Bałtyku zamiast kurortów w egzotycznych krajach, bo cały kosmos przeżycia dla mnie to doświadczanie oblepiania paskiem bosych stóp, kiedy spacerujemy objęci a nad głowami krzyczą nam mewy z niezrozumiałych powodów. Chcę każdego dnia rozmowy na tematy drobnostek, jakie stanowią kwintesencję wspólnego bytu i stają się wyjątkowe, z tego powodu, że dzielone wspólnie – o tym, że drzewo za oknem zakwitło, że kot właśnie przebiega przez drogę i ma niespodziewny odcień czerni sierści, że niebo jest dziś turkusowe, a zapach cynamonowych bułek w piekarniku jest niepowtarzalny dlatego, że piekę je dla niego, bo takie lubi. Chcę oderwania od sieci technicznej, pożeraczy czasu wolnego i manipulacji wszechobecnej. Skupienia się na odgłosach codzienności jaka ma smak niepowtarzalny tylko dlatego, że wypełnia je obecność tego właśnie człowieka. Obecność świadoma.

Najtrudniejsze dziś… dawanie obecności. Nie siedzącej przy stole z nieodłączną komórką, bo jeszcze tylko wpis na fb… Tej bardzo rzeczywistej. Wypełnionej treścią. Takiej, w której jest się dla bycia… ale nie uwiązanej, ze zrozumieniem własnych odrębności i dawaniem wolnosci.

Co jest istotne w tym życiu – kolejny gadżet jaki zabierze czas i realność życia w zabijaniu istoty przeciekającym przez palce sensem istnienia? Czy może możliwość położenia głowy na ramieniu komuś, kto zrozumie?

Tak łatwo szukać powodów, by bronić się wciąż przed miłością. Tysiące analiz, rozwiązań, komplikacji i ciagłych ucieczek. Przykrywanie tęsknot na sposoby współczesności – z byle kim, byle gdzie, byle jak, nie czuj, nie dawaj, nie bądź odpowiedzialny… tylko bierz, bo ty jesteś ważny i eskalacja emocji wciąż większych, reszta się nie liczy. Bez komlikacji, zobowiązań i dbałości…. bez rozmawiania i spędzania czasu w wypełnieniu jedynie ciągłym klikaniem po klawiaturach i kryciu sie za następnym avatarem.

 

A gdyby tak zaryzykować i po prostu otworzyć serce.