Słowa… bezpieczeństwo, komfort, nazwanie, odkrycie, rana, ból, nic.

Proszę dziś…

o magnetyzm tafli wody przede mną nieskończonej. Rozlany. Świadomość przepływania jej kropli przez tyle innych przestrzeni, istnień, konstelacji, tkanek, komórek… wszechświat u moich stóp, jaki mogę dotknąć. Wszechświat zamknięty w lustrze z odbiciami wszystkiego, co widziało, ukrytymi w pamięci siebie. Wszechświat jakiego drobiny wyschną na mojej skórze, kiedy wejdę… dotknie istnienia we mnie istnieniem innych tylu przestrzeni niezmierzonych.

Moje odrodzenie chrztem innego rodzaju. Zawartym z tym czym jestem. W połączeniu. Przez Tego, jakiego dotyk i uwagę w sobie noszę.

Tęsknota do wyruszenia nagła we mnie. Podróży innego rodzaju niż te przemierzane krokiem stóp. Jak daleko w nieznane, które uczyni się poznane z krokiem każdym oswojenia.

Pragnienie odkrycia drugiego brzegu mnie przeznaczonego. Wypełnia mnie.

Bo może przemierzając zobaczę to, co dawno już wiem. I jest we mnie nienazwaniem a bytem zasiedlonym. Bez przyporządkowań jakich nie czynię, by nie straciło. Potrzebuję dotknięcia bliskości tego bytu w sobie. Namacalnego. Bez utraty a w pozyskaniu jedynie…

 

Chcę tak właśnie czuć…