Łany traw zielonych czeszę i wpatrując się w czerwień maków przetykaną chabrami o odcieniu niebieskim mam dziś ciszę do opowiedzenia.

Nalewa się w naczynie mnie i każe odejść od siebie daleko. By nie być dla nikogo.

Czy to źle, kiedy emocje grają… mocno przykrywając swoją tkaniną widok dla oczu właściwy barwią… Czy to źle, kiedy tłumią i prowadzą spokojną scieżką, by dać odsłonić kolejnym krokiem drogę zza zakrętu… niewidoczną…

Wtulona w głos… ciszy, głaskana wiatrem po ramionach idę w deszczu gwałtownym moich policzków. Złączona. W jedno z tyloma. Ulga… dla bólu w środku jaki wypływa, bez pogodzenia.

Żegnam się z wiosną tej jesieni jaką wypełniła czas wokół mnie. Opadającymi liśćmi drzew obecności jakich nie będzie już więcej. Usypane z nich kobierce kolorowe przed moimi oczami ścielą się piórami miękko. Zostawionymi samotnie. Na podłoże dla zmęczonych stóp. Moich dla dotyku. Każde pióro z innego skrzydła upuszczone…

Obecni obok stają się nieobecnymi na odległość potrzebną do usypania pustelni w myślach. Bez słów. Bez uczuć. Bez obecności. W moim rozumie strumyki myśli płyną spękanym podłożem rzeźbiąc teren. Zrozumienie czy mam? Akceptację dla rzeczy większych, niepotrzebnych we mnie a jednak stających się dla mnie wyższym bytem zrodzonych. Pokory szukam…

Stoję z opuszczonymi rękami i słucham.

Zawieszona.

Ciszą.

 

Tomasz Sętowski (www.setowski.art.pl)