Zaufanie, bezpieczeństwo, przywiązanie, miłość… wielkie słowa. Które są nieadekwatne zupełnie w codzienności mijanej na ulicy, w szefie, który dziś właśnie wkurzył zbyt mocno, w ciągłej ucieczce przed porażką, w nałożeniu spraw, które przerastają nawarstwione,  w pośpiechu, w nieuwadze, w egoizmie…

W odległości bezrozmowy.

Uczę się.

Bo jestem zbyt wrażliwa, zbyt dumna, zbyt krucha… tak łatwo mnie rozsypać. Przeoczeniem… w rozdrobnieniu szczegółu zbyt dużym. Manipulacją miękką jak dotyk sierści królika. Układaną otoczką wokół kibici z wrażeniem potrzeby ogrzania. W potrzebie drapieżnika nie mojej. Takie przemieszczenie – to co zaletą twoją u mnie wadą jest przyobleczone. Inna miara przyłożona do dwojga w tym samym… Mikroskop w użyciu niezmiennie… by zobaczyć moją tkankę…

Niech cię nie dziwi moja akceptacja. Uczę się.

Twoje oczy w moim miejscu nie znajdują lecz czujesz mój dotyk… przepływam przez twoje żyły… utkana podskórnie w ciebie osnową. Wiesz o mnie wszystko, ale nie znasz mnie wcale. Bo po nic to jest.

Prawda o tobie jest brakiem. Tego  co wkładane wciąż od lat spada przy cieple mojego spojrzenia. I chcesz mu ulegać, mimo strachu jaki jest… wiem. Chcesz choć peszy cię taka śmiałość pozbycia. Bez nacisku, w bezagresji, samoistnie. W miękkości moich dłoni.

Patrzysz na mnie dziś oczami czarnego kota mijanego na ulicy. Plączesz mi nogi zagubiony białym gołębiem, który nie ucieka a garnie się czułością… Siadam w tym fotelu, który dla mnie przyniosłeś i choć nie było cię całkiem czuję twoje palce wplecione w moje włosy. Wpasowany… Opieram głowę o ślad pozostały po twoim kształcie. Wpasowana…

Czujesz… jestem. Choć dłonie wyciągnięte do dotyku wypełniają się powietrzem. Zanurzasz w nim opuszki i zagarniasz. Moją obecność muśnięciem oddechu. Świeci słońce ale jesteś przemoczony całkiem…

Czy wiesz…

że teraz

to część tylko…

bo jeśli nie spotkalibyśmy siebie…

brakowałoby zawsze…

 

Hey – Sic!