Gwiazdy rozsypane po aksamicie czarnego nieba punktowo. Dotykają mojej twarzy blaskiem migoczącym. Nocy. Rozświetlając. Ptaki rozbiegane zgrają po tle szaro-zielonych chmur budzonych wschodem słońca. Trawa muśnięta białymi igłami chłodu, dusznego jednak, pochylona w geście poddania, szukająca drobin ciepła do ogrzania. Rozkwitłe kwiaty cieszące oczy kolorem…

Życie o poranku w toku. Piękno świata obudzone. Wkładające radość garściami do-wewnętrznie.

Kule bilardowe ptaków rozsypane nad moją głową nie przypadkiem są… odbite, odkierunkowane, bezładne… Bez sprecyzowania, szyku, porządku w pozornym chaosie. Znalazłam dziś w lustrze…

Wchodziłam widokiem odbitym  w taflach oczu po drodze, które patrzyły mijaniem, zatrzymaniem, zamyśleniem… widziałam konstelacje możliwych konfiguracji i przyporządkowań jakie tworzone tym widokiem przemykały po twarzach ludzi. Obcych. Choć ich myśli kładące się obrazem nosiły znamiona objęcia. Nie dla mnie przecież tworzone…

Inna ja… jestem.

 

Nigel Kennedy – Riders On The Storm