Bo kiedy odejdę, podeptana zginę… odejdzie ze mną wszystko, co w sobie noszę. Kiedy otworzę oczy ponownie – rdzeń zostanie ten sam. Niezmienny w fundament, choć bogatszy powstanie…

Koło zatacza swój okrąg znanym cyklem. Kolejne sprawy ustawiane jak klocki w układance, gdzie tylko jeden cel jest. Do określenia pokonana. Ból, strach, niewiedza, niemoc… stały zestaw tych samych barw. Rozkładanych umysłem do pomalowania moich dni.

Ja…  niepogubiona. Wysiadam z tego pociągu. Zmieniając utarte koleiny. Przyporządkowań. Prowadzonych specjalnie dla mnie. Przeze mnie. Poddaniem do stawiania kroków zawsze w tym jednym kierunku… bo takie przyzwyczajenie. Bo tak jest bez zagrożenia dla tego co mam w głowie. Ale wiem, więc zmieniam. Drogowskazy omijam. Nieznane wychodzi mi naprzeciw. Inne. Bez kulenia w sobie. Bez istoty o dużych oczach przylepionej do żeber. Bo obserwując znalazłam.

Oddycham powoli. Bardzo powoli napełniając siebie. Zrozumieniem. Akceptacją. Pogodzeniem. Nawet uśmiechem… choć pomimo to w prawdzie. Zauważam. Nie ma we mnie agresji. Nie ma złości. Nabieram siły. I staję na brzegu człowieczeństwa jakie się dla mnie urodziło… by zaczerpnąć obiema dłońmi. Przekroczyć i zanurzyć się po krańce swojego człowieka w całości.

Nic nie zmieni…

Nawet jeśli odejdą… zostaną we mnie…

… dla których noszę w sobie miłość.

 

O.N.A. – Wszystko to co ja