Kiedy jestem sobą prawdziwą? Czy jak patrzę ponad horyzont wspinając się po dziecięcemu na palce, by zwiększyć naiwnością objęcie wzroku? Czy to ja, kiedy z siłą pokonuję kolejne wzniesienia jakie pojawiają się na mojej drodze przeszkodą ustawione? Wciąż nowe, jakby sprawdzało, czy i kiedy się skończę. Czy wtedy kiedy wypełnia mnie tęsknota za niemożliwym, tym nie do końca określonym, a jednak tak bliskim od lat? Kiedy jestem?

Czy wtedy kiedy mnie nie ma? Bo wyszłam po chleb i zatrzymana nagłym impulsem usnęłam… i nie było mnie wcale. Bo zginęłam. Dla swoich oczu niewidzialna całkiem. Jak duch bez odbicia w lustrze, przenikaniem ścian jedynie obecny. I kiedy stało się. Obudzona zobaczyłam. Że zakopana w pościeli codzienności nie żyję wcale. Choć wszystkie funkcje życiowe przebiegają bez zakłóceń.

Kiedy jestem?

Czy zdążę jeszcze zanim mnie nie będzie całkiem i zupełnie.

I nagle łapię się na tym, że ustawiam fotel obok mojego, kroję chleb na śniadanie robiąc kilka kanapek więcej, wyjmuję kubek, który polubisz i poprawiam twoją poduszkę obok mojej. Miejsce dla ciebie… bez ciebie jeszcze.

Jestem już wreszcie? Prawdziwa.

Szczęście. Dziwne pojęcie. Nie, nie jestem nieszczęśliwa. Zabiegana w powinnościach. Nagle staję się dla siebie jasna. Jak rozświatlona nocą lampka na stoliku przy łóżku, by czytać. Bo ja tak chcę. By raz jeszcze. Wściekle rzuciło się, wgryzło do cna, rozerwało żyły i chłeptało rozlaną krew. By pozbawiło oddechu i sprawiło, że raz jeszcze bedę żyła.

Prawdą. Jaka we mnie jest.

 

Hey – Mimo wszystko (Unplugged)