Jak bardzo rozumiem twoje tęsknoty, twoje marzenia i to pragnienie wielkie, żeby wreszcie, żeby ktoś, ktokolwiek nawet, ale żeby  w końcu człowieka w tobie dostrzegł. Nie matkę z jej codzienną powinnością względem dziecka, nie kobietę, która nocą za zabawkę erotyczną zostanie wzięta choćby siłą, nie maszyną do wypełniania kolumn w tej, czy innej tabeli, zestawieniu, podsumowaniu, czy analizie najlepiej całodobowo. Rozumiem i widzę, jak rośnie w tobie pragnienie bycia i akceptacji. Jak bardzo widać, to gorące pragnienie odsłonięcia, pokazania swojego wnętrza, podania komuś na dłoniach i powiedzenia:

- popatrz, to ja. Taka malutka, z piegami i kręconymi włosami. Ja. Calutka i prawdziwa. Tak mam wady i zalet kilka, mam kilka wspomnień, i zdolności parę. Popatrz. Zerknij tylko i nie patrz na biust, nie zaglądaj mi pod sukienkę, bo tam nie znajdziesz mnie – duszę mam wyżej – w oczach mam duszę, jeśli potrafisz zajrzeć tamtędy. Patrz, przecież możesz. Podaję ci siebie na dłoniach otwartych i możesz patrzeć. Możesz nawet przytulić się cicho. Jeśli zobaczysz mnie tam, jeśli mnie akceptujesz, jeśli jestem coś warta taka, jaką mnie widzisz, zostań ze mną. Najdłużej jak się da, najbliżej jak potrafisz. Tylko nie mów mi, że lubię żółty, kiedy ja lubię inne kolory. Nie mów, że są inne kobiety i wyglądają inaczej/lepiej/ doskonalej. Wiem to równie dobrze jak ty, ale wiem też, że taką chcę być, bo to jestem ja, prawdziwa i nieudawana. Nie ma sensu zmieniać się na chwilkę, żeby twój kaprys zadowolić, żeby uzasadnić twoją tu obecność. Jeśli więc obraz nie służy, odejdź i szukaj gdzie indziej, bo nie potrafię udawać, nie chcę żyć cudzym życiem, nie moją jest rolą tańczyć na twoje rozkazy.

Lecz jeśli widziane ci służy – zostań. Oddam się cała i prawdą karmić cię będę. I będę taką, jaką na dłoniach mych widzisz – i w czwartek wieczorem, i w świąteczny poranek. Głęboką nocą we dwoje i tańcząc o świcie na bruku. Bo to jestem ja. Ważna dla mnie tylko, istotna dla siebie i tylko sobą zauważona. Doskwiera bardzo. Że tylko ja, że sama, że twardą maskę, że słowo rogate i ostrym wzrokiem świat odepchnąć muszę, żeby się nie wdarł nieproszony, żeby nie przyszedł ode  mnie – słabej wziąć ze mnie życie i wziąć mnie jak drobiazg z półki sklepowej, by w kąt cisnąć, kiedy się znudzę.

Potrafię drapać do krwi, potrafię krzykiem powstrzymać – nie boję się nikogo. Jestem twardsza niż te pomniki, co czas zębem nadgryzać zaczyna, aż zzieleniały. Lecz to nieprawda. Nie cała. To nie ja jestem tam. Na zewnątrz nie ja jestem wcale. To maska moja ochronna tam idzie. Ja tu… na dłoniach leżę – patrz, jaka krucha. Malutka stęskniona kobieta, która nie chce musieć, chce móc, chce wybierać i w twoich przeglądać się oczach. Chce w nich zobaczyć się piękną. Prawdziwym pięknem człowieka, nie mięsa do gierek chwilowych, nie do zabawy frywolnej. Patrz kto tu jest. Zobacz jak patrzy z nadzieją. Trochę nieśmiało, trochę wstyd śmiechem kryje, trochę się broni gestem zbyt szerokim, słowem za ostrym, bo boi się bardzo. Boi się, że po raz kolejny przychodzi obcy garnki w jej kuchni przestawiać i sortować półki z książkami.

Patrz, bo ci tego nie powie, słuchaj nie uszami, zajrzyj tam, gdzie wzrokiem się nie da, przez oczy w głąb wniknij i zobacz, usłysz i poczuj, co w niej tam tkwi. Co krzyczy, chociaż usta zamknięte. Zobacz, jak wiele potrafi ci dać, kiedy poprosisz, jak wiele ofiarować gotowa, jeśli uzna że warto. Milcz na wszelki wypadek, bo słowem nic nie osiągniesz, milcz mądrze i patrz trochę wyżej. Tak. Cieszy, że atrakcyjność dostrzegasz, ale proporcji dopilnuj, bo jeśli tego szukasz – zbyt długa droga przed tobą i sukces wątpliwy. Idź lepiej tam, gdzie seksem się płaci za wieczór upojny, za prezent drobny, czy dwa banknoty. Tak, chce być kobietą, chce być piękną jednak nie tym pięknem chwilowym, pokaż że możesz dać piękno, którym umaluje się na długo, trwałym pięknem wykwitłym uśmiechem szczerym, że aż w oczach się odkłada, pięknem człowieka spełnionego, szczęściem ludzkiej codzienności. Takim, które potrafi pomóc w dwie strony, które nie żąda, gdy poprosić może. Takim, które bez prośby nawet dostrzeże, że trzeba, że nie każde zajęcie jej służy, że tak, jak każdy organizm ma swoje chwile zwątpienia i płakać chce z tej samodzielności swojej wymuszonej i klnie w nocy środku, bo sama, sama, sama… a przecież można podzielić się troską i w nieswój mankiet wypłakać problemy. Jednym słowem, jednym gestem, jednym drobnym uczynkiem możesz uczynić szczęścia więcej, niż wyciągając rękę i klatkę szczerozłotą budując. Pozwól żyć i bądź obok, wesprzyj gdy trzeba i usuń się, kiedy to zbędne. Popatrz, jak stoi z nadzieją, jak na tych dłoniach kręci się nieśmiało. W strachach rozlicznych i marzeniach niespełnionych. Patrz… to człowiek jest. Prawdziwy – taki, rzeczywisty i najbardziej zwyczajny. Prosty jak człowiek – ze wszystkimi wadami i zaletami też. Cały do wzięcia. Cały się ofiaruje. Ale tylko cały. Nie pół, nie ćwierć, nie w środę wieczorem, czy dwa tygodnie wakacji. Patrz… dobry jest? Podoba się tobie? Przyjdź więc i ty. Pokaż, twojego człowieka na twoich dłoniach. Pokaż, opowiedz. A może spotkają się byty nieznane. Może wydarzy się cud wzajemności.

Może wydarzy się cud…

 

Autor tekstu – Oko.

Dziękuję – Aja.

 

Rob Hefferan – Desire039 (http://www.robhefferan.net)

Znalezione obrazy dla zapytania кофе мужчина и женщина