Pustostan we mnie. Rzołożony równomiernie bez dotyku wcale. Jakbym nie istniała. Ale przecież robię szereg czynności dnia codziennego przyporządkowaniem natury we mnie… i patrzę sobie w oczy. Moje? Niczyje…

Przyłożona do natępnej foremki nie pasuję… Ja taka jak ja. Nie pasuję do ról tak wielu. Kobieta, matka, przyjaciółka, pracownica,  kochanka, żona, koleżanka… tyle nazw. I gdzie podział się mój człowiek w tym zagęszczeniu? Jest jeszcze? Dysk przed sformatowaniem każdym kto tylko zobaczy. Bo tak ważne jest, że mogę inaczej. Chodzić inaczej, mówić, stwarzać pozory… i tylko przycisk enter, i ładuje się kolejny program. We mnie… by można było ze mną. Cokolwiek. I nie ma znaczenia co w sobie mam. I czy w ogóle mam. Bo jestem przecież na chwilę dla kolorytu zdarzeń. A potem i tak pozostanie tylko anegdota z moim imieniem. A ja tak potrzebuję ciepła dla zamrożonych palców w dłoniach mojej duszy jakie lodem rozpuściły mi dziś krew.  Zamkniętą w obręczach tego nieprzystosowania wiecznie. I nieporadności…

Uchroń mnie od własnej głupoty… zejdź z tego piedestału i zatańcz ze mną w odłamkach dzisiejszego czasu na bosaka – może się wykruszą z moich oczu i spadnie zły czar… i znów będę dobra. Bo kiedyś przecież byłam dobra… chyba… wtulam się znowu w swoje dłonie, bo innych brak. Nie ma. Nie ta pora. Samodzielna i sama… jak zwykle ja… zagłuszam. Bo nie chcę dziś słuchać, nie chcę tych słów ciszy rozkrzyczanych. Przytulam się bez…

I patrzę sobie w oczy. Moje?

Niczyje…

 

Jacek Yerka – Atak o świcie (www.yerkaland.com)