Cichutko na palcach po bosemu siadłam w tym kącie niezasiedlonym jeszcze tak wcale. Ukryta przed każdym i nikim jestem. Moje ramiona nagle zbyt ciasne, by zmieścić mnie całą. Moja głowa zbyt ograniczona, by nie słuchać tego co w niej grzechocze krzykiem dziś i wczoraj. Ślady po… i przed… patrzą na mnie jakby zostawione były dla mnie tylko jutrem i dla mnie tylko zrozumiałe.

Zbyt małe mam dłonie, by dotknąć całość rozdygotaną. Zbyt mało mnie dla siebie… rozmieniłam się, rozminęłam i teraz już tylko cisza została.

A tak rozmawiać chcę… ale monolog zbyt jednostronny jest w bezargumentacji. Jednostronne widzenie świata ograniczone moim człowiekiem, kobietą jaką jestem – zbyt. Przykryj mnie. Niech mam złudzenia. Proszę zrób to – nie boli.

Potrzebna… konieczna… wiedząca… Nikt bezpotrzebnie szukający dla siebie. Bez błyskotek ubrania słowami cudzymi. Bez fleszy rozbłysku spojrzeń. Bez kołatek ciagle grających. Ja.  Cisza najlepiej ubiera rozebraną nagość w braku. Wtedy patrzę w oczy i znajduję. Jak bardzo potrzebuję, kiedy odpycham z całej siły. Jak bardzo drżę. Jak milczeniem krzyczę o słuchanie… w pustej powierzchni czterech ścian człowieka.

Zapach jaśminu w moich palcach – zaciągam się jak papierosem. Niech mnie uniesie, przeniesie i da. Niech upije. Poczuciem, że jestem jak on.

Silna choć ulotna.

 

Peter Gric – Artificial Sleep (www.gric.at)