Sumą nieswoich widoków jestem. Prowadzona za rękę, kiedy patrzy mi czule w oczy. A potem dokonuje całospalenia w ofierze. Bym mogła założyć nowe, którego nie chcę. Nie czuję. Bezdusza chowa się w moich ramionach – bo na owieczkę rzeźną nie nadaję się wcale. Przecież. Wyprosić się więc nie da kiedy ofiara nieczysta jest… ale nie znasz… bo to niepotrzebne ci wcale.

Każdy wie lepiej. Ty. On, ona i ona, i on też. Widzi… jak skrzywdzę – siebie/innych/świat… jak nie dorosłam wciąż. I jak bardzo jestem, by dla innych. By kleić, zlepiać, godzić, układać… nikt nie pyta. Wymaga. Jeden każdy. W bezwidoku prawdy o mnie, bo głucha jest i niema. Tak otrzymałam, kiedy nikt wziąć nie chciał. Przygarnęłam i mam. Bo teraz nie zostawię…przylgnęło wrostem do głębi.

Otwieram drzwi do tej zapomnianej komnaty i wychodzę.

Nie chcę tu już być.

Przyszpilona.

 

O.N.A. – Krzyk przed spaleniem