Usiąść nad brzegiem potoku i zanurzyć stopy. W zimnej wodzie. Bezkoniecznością otoczona i z głową w chmurach o smaku trawy. Dać się wypełnić w byciu bez. Zupełnie. Zawieszona między dryfującą rzęsą wodną a pajęczyną rozsnutą dla rosy jak latawiec kołysana wiatrem, którego nie ma. W dotyku.

Nie musieć.

Być w połączeniu z tym co jest mną.

Rzeczywistą.

A potem biec przed siebie bez celu zupełnie i strącać dłonią nasiona dmuchawców unoszące się w powietrzu jak małe parasolki. Czuć w sobie wszystkie motyle tego świata i wierzyć. W nas.

Podziwiać wspaniałość świata i malować pędzlem zbyt dużym rozchlapane kolory w oczach. Szczęściem wypełnionych. Że właśnie słońce wstało i jest. Uśmiechem we mnie.

Równowaga we mnie, bo jestem. Taka właśnie.

Upadłam na trawie i roześmiałam się niebu w obłoki.

Szlkanymi dzwoneczkami, które mieszkają we mnie, gdy nie widzi nikt jak zdejmuję. Wszystkie niepotrzebne tkaniny spętania. I jestem, jaka jestem.

Piękna w swej prostocie…

 

Kinga Britschgi – Unspeakably Perfect Miracle (www.kingabritschgi.deviantart.com)

Unspeakably Perfect Miracle by KingaBritschgi