Kwintesencja. Nagle otwarta widokiem. Zabolała uderzeniem w splot słoneczny z taką siłą, że odebrała oddech. Zupełnie…

Potrzeba zrozumienia. Tak ogromna zalaniem. Bezkoniecznością tłumaczeń, pokazania, mówienia… bez udziału.

Potrzeba zrozumienia tego co niezrozumiałe jest zupełnie, co boli każdego dnia, czego nie da się rozwiązać.

Ja silna w swojej bezradności. Wydzierająca pazurami normalność z faktów jakże pozbawionych.

Ja krucha tak bardzo jak filiżanka z najcieńszej chińskiej porcelany postawiona w połowie na krawężniku wystawaniem.

Mój dzień i każda jego godzina z ciągłą myślą… gotowością. Napięte struny duszy. I bezkrzyk duszony w zalążku mojego gardła. Nie można.

Pamiętaj. Kontroluj. Nie trać.

I dlaczego nie ma w Tobie wiary…. to pytanie tak bardzo jak gwóźdź wbity młotkiem w ścianę uderza w moją głowę zawsze. Pada… więc biorę ten młotek we własne dłonie i wbijam, by nie wypadło z pietyzmem.

Chcę wyjść na deszcz. By spłynął po mnie całej i roztopił mnie całkiem. Niech wyparuję i stanę się jak ta woda…

Kiedy następnym razem będzie padać nałap całe wiadro. A potem zaczerpnij sobą.

Może wtedy zobaczysz w krysztale odbitym.

To co we mnie najważniejsze.

 

Bezpokornie

podeptana

myślą jestem.

 

Happysad – Nie ma nieba