Śniło mi się dziś dawnym bardzo snem… zapomnianym… że przyszedł do mnie znów sercem drzewa. Piękny jak w czasie dzieciństwa zapamiętałam. Nie patrzył jak wtedy objęciem, nie gasił mojego strachu i nie ocierał policzków. Tylko włożył swoje ramiona z gałęzi w mój sam środek i zapiął mnie jak sukienkę. Troskliwie. Wykwitłam liśćmi na ramionach podobnych skrzydłom i poczułam spokój nagły. Jakby wlało się we mnie światłem przekonanie, że zostanę. Oczy zobaczyły ptaka w sercu – nie bał się po raz pierwszy od bardzo dawna i śpiewał wlewając we wszystkie komórki rozłożone słojami po pniu mojej istoty harmonię. Kora stała się ciepłą skórą. I trwaliśmy razem w objęciu tak niezwykłym. Równowagi wszechświata.

Obudziłam się. Wróciło… rzeczywistością. Walka i czekanie – dwa stany mojego bytu. Których nie znoszę. A wciąż czekam – aż nadejdzie, przyjdzie, dosięgnie, dotknie, pozbawi, wypełni, załamie, pokona, zrani, rozerwie, zabije, spustoszy, poskłada, rozpanoszy, zniszczy, obdaruje… i wtedy biję się o każdą minutę, by być jeszcze sobą. Walka i czekanie – ten ciągły znienawidzony potencjał we mnie. Obecny w każdym wymiarze. Nienawiść wlewa się szeroką rzeką pokonania. Słaba w swojej sile jestem.

I czekam. Bo miałam odwagę poprosić. Nie, nie odwagę – to bezczelność dużego kalibru była, która teraz dosięga mnie rykoszetem wystrzału. Bo dostałam zgodnie z życzeniem. Według porzekadła dokładnie – bez uwagi szegółu prosiłam, nie patrząc. Bo nie pomyślałam a może wiary nie było w spełnienie. Może jedynie rozpaczą jakąś pchana do przodu wypowiedziałam. Dlaczego więc dziwię się konsekwencjom… i jest we mnie barwienie smutkiem głęboko.

Przecież chcę.

Zrób mi wszystko.

 

Tomasz Alen Kopera – 11A (www.alenkopera.com)