Obudziłam się o świcie i wyszłam. Chłód mnie powitał ciemnymi chmurami, niebo i zieloność tuj – dziś nieco cichszych ptasią obecnością. Siedzielismy zasłuchani w ciszę, choć złudna jest ona w mieście, bo wyjątkowo hałaśliwa – przelatującym samolotem, sygnałem karetki – pewnie w drodze na autostradę – czy pociagiem szumiącym z jazgotem po szynach. Ale cisza jednak. Pełna oddechu śpiących ludzi – okna szeroko otwarte, bo upał wczorajszy wytracił z płuc każdego mieszkania ostatki powietrza, więc przyszło ludziom do głowy, by go nałapać. A ono – zdradliwie – woli po świecie swobodą biegać więc przez zaproszenie otwartych okiennic zagląda tylko ciekawie ale pokusie wejścia nie ulega. Gołębie na dachach rozlokowane wyglądają jak kulki pierza skupione – co niektóry tokuje głośnym kwileniem gruchania, informując okoliczne partnerki, że oto jest – wspaniały i zdrowy, nadający się na chwilowego partnera w celach przedłużenia gatunku.

Księżyc się gdzieś skrył a słońce również schowało promienie naciągając kołdrę obłoków koloru stali. Nie czas na pobudkę najwyraźniej jeszcze. Pod koszulką czułam dotyk zimnych palców. Jeszcze nie takich jak jesienią czy zimą ale już delikatnie łaskoczących komórki do kurczenia – skutkiem oczywistym w niektórych rejonach mojego wysztywnionego ciała. Podoba mi sie ten rodzaj oddziaływania. Przekonuje, że czynności życiowe w normie jakiejś się mieszczą jeszcze.

Szkoda, że zanikł zwyczaj roznoszenia mleka do domów porannym mleczarzem – w butelkach szerokich z kolorowymi kapslami. Grzechotałyby najpierw koła wózka po płytkach chodnikowych a potem butelki niesione porankiem… Ale usłyszałam za to, że kogut zapiał kilka razy – nie policzyłam, bo dziś wolna jestem od cyfr wszelkich i skupiona na naturze. I może miałam omamy słuchowe ale dałabym sobie głowę uciąć, że słyszałam sowę nocną zagubioną nad ranem, może zbyt długo zasiedziała się na jakiejś leśnej imprezie…

Poczułam. Poczułam dziś w sobie jak rozpływa się we mnie miłość po każdym porze mojego ciała i duszy. Utopiona w niej całkiem byłam – może jestem jeszcze odrobinę. Takie odczucie niebywałe jakiego doświadczam niezwykle sporadycznie. Zbyt… Bez podmiotu skierowania po prostu do wszystkiego i nieczego. Powódź kompletna bez możliwości oddychania czymś innym – ale w stanie tym właściwe jest to, że wcale się nie chce innego. Połączona byłam ze światem czy wszechświatem więzią… zatraciłam czas, miejsce i siebie rozpływając się jak woda choć przecież nadal pozostałam sobą.

Trwałyśmy tak razem – ja i miłość -  połączone nicią, ze szmaragdowym kolorem jej oczu i pomyślałam…

by cicho zamknąć drzwi w niej,

bo nie szukam wyjścia…

 

Vladimir Kush – Birth Of Love (www.vladimirkush.com)

Birth Of Love