Czy istnieję, kiedy mówię w słowie położona? Czy sens dla mnie jest tym samym dla ciebie? Jak na wędce robak wije się znaczenie światło-cieniem zaznaczone jak podkreślenie markerem. A i tak nie widzisz… optyka tak różna w zrozumieniu. Może dlatego przychodzisz do mnie, by położyć ciężką głowę na moich kolanach. Sądzisz, że potrafię… chciałabym mieć taką wiarę. Ale ja już dawno zburzyłam wszystkie kapliczki puste w obecność a pełne w strukturę gliny kolorowej. Warstwa po warstwie układane zdobyte latami pojęcia, za każdym razem przywierają, by potem okazać się zupełnie innymi niż w chwili gdy je kupowałam. Może trzydzieści srebrników położonych na wyciągniętej dłoni stanowiło zbyt małą zapłatę. A może właśnie dlatego dostałam aż tyle…

Czy istnieję, kiedy patrzę wzrokiem zbudowana? To co widzę obrazem jest tym, który ty widzisz? Różne odbicia w zależności od umiejętności – bo ja z tym szczególarstwem osiemnastu odcieni jednego koloru jestem, które dla ciebie znaczenia nie mają wcale. Choć czujesz się ubogo w ten sposób uwypuklony mną. Pretensja wyartkułowana zawisa na mojej szyi uwiązanym kamieniem. Ale nie ciąży. Bo przewiny brak. Zupełnie się nie poczuwam. A gdzie nie ma szczerego żalu nie ma w kogo uderzyć. Jak woda po kaczce… i idę dalej otrzepana z tych szczątków łat jakie próbujesz mi doszyć, tylko ja dziur nie noszę wcale do łatania. Jestem jak płot dla kota do łażenia wygrzany słońcem…

Dziś rano widziałam lody malinowo-marakujowe roztarte obłokami po niebie… kapały smakiem. Pomyślałam o aniołach z zatopionymi w nich językach, pewnie żaden wtedy nie śpiewa w anielskim chórze. Aureole wsunięte w kieszeń niczym metalowe krążki, by nie zgubić a one same – te anioły – siedzą, jedzą lody i kiwają nogami z radości. Tak wygląda pewnie raj…

a ja rozejdę się w nocy we wszystkie strony jednocześnie i będę oddychać. Szeptami innych ludzi – ze snów utkanymi… będę się skradać bujając w obłokach głową i stopy stawiając po piekle. Bo ja przecież nawet planety i gwiazdy przyciągam tylko w celu kolizji… wielki wybuch. I cisza. Bez stworzenia. Bez słowa. Bez…

Błądzę, by się odnaleźć… jakby można było znaleźć niezgubione wcale. Nic.

Gdy patrzę na ciebie…

kim jestem?

 

Michael Cheval – Bez tytułu (http://chevalfineart.com/)

Podobny obraz