Na sprzedaż wszystko. Wystawione w półkach świata, kiedy idę ulicą i patrzę. Krzyczy wszędzie kup… czerwoną szminką na mijanych ustach, bielizną lub jej brakiem na odkrytych ramionach, pewnością odkrycia w spojrzeniu. Wszystko na licytacji otwartej całodobowo – polub, doceń, podkreśl, zauważ, kup. Brak. Znaczenia i treści. Zatrzymania. Ale to nie jest ważne, bo ważne, że blask, błyskotka, cekiny. Nie ma. Przechodzi obok i wydaje się, że ja też. Biorę udział w przetargu. Posiada tabliczkę, pokazuje i nie… bo to teren prywatny jest bez wstępu. Dla obcych. Bez przepustki zwyczajowej… nie ma. Odejdź. Bo nie szukam tak. Uwaga – cenne bardzo. Dziś. Za wszelką cenę.

Bo ja… i tak zachłannie straciłam gdzieś po drodze. Siebie. W pragnieniu szczęścia. Kolejny raz wyrzucając na stos zużytych rzeczy. Zaprzeczeniem zbieranego przez wszystkie lata. A teraz patrzę jak leży potłuczone. Znaczenia nie mając. Bo wyrzuciłam ja, dla której ważne było. Inni nie widzieli i zobaczyć nie mogli. A ja z łatwością rozpękłam zadziwającą. Boli.

Księżyc dzisiejszą nocą. Był tak piękny w poświacie zapalonej latarni siebie. Patrzyłam mu w twarz. Zbyt bezczelnie chyba, bo zaciągnął zawstydzony zasłony chmur szarych. Przykryć chciał, schować, może zbyt dużo miał wypisane na czole. Ale i tak podziwiałam. Piękno światła jakim otoczył mnie całą wśród gwiazd. Całe niebo na własność z jego materiałem czarnym, utkanym, z brokatem delikatnym… tylko dla mnie w ręce oczu włożone. Delikatność zapachu celozji przywiana wiatrem… I poczułam jak mi się chce…

Wspólnoty. Takiego uzupełnienia jakie czasem głodem mnie znaczy i wypełnia wszystkimi tęsknotami moje żyły zamiast krwi. Jak sączy się potrzeba… żeby doświadczyć. Tu. Teraz. Z kimś. Kto zrozumie nawet bez mówienia ale i tak wysłucha. Z uwagą, w pochyleniu głowy i patrzeniu w oczy.  Dziś najbardziej chciałabym rozmowy takiej rzeczywistej twarzą w twarz o głupotach nieistotnych i rzeczach najważniejszych na świecie, z siedzeniem przy talerzu pełnym sera i winogron, z pomidorem i darciem bułki palcami, z pokruszonym ciastem i dotykiem dłoni ciepłej i z winem jakimkolwiek, takiej rozmowy obecnej w obecności najbardziej możliwej z możliwych, otwartej i mówionej, z wymianą słuchania, karmienia się kimś kto jest. I z komarami na ramionach, by poczuć. Prawdę nie sielankę. By to nie było tylko marzenie nieistotną mrzonką ale prawda. W poczuciu…

Dziś tak mi tęskno. Do człowieka.

Obecnego dla mnie i dla siebie. Który będzie nie w pogoni, nie w zdobyciu i nie w pośpiechu. Nie polubieniami. Bezpobieżnie. Beznieuważnie. By poczuć. Istnienie do całej siebie w środku dotknięciem. Ciepła i znaczenia.

Tęskno mi… by być.

Bo przecież wciąż jestem.

Dla nikogo.

I nawet sama ze sobą nie potrafię się dziś porozumieć. Zatrzasnąć te drzwi bym chciała z hukiem. Męczę się z tą sobą w tylu moich miejscach położoną jakąś rezygnacją. Niepotrzebną. Pokonanie tego wszystkiego na co wcale nie mam wpływu przecież. Strach. Gdybym tylko mogła… pobiec przed siebie bez celu, gnać do utraty tchu, tak by mieć złudzenie. Że nie ma. Dojść gdzieś. Nie wiem gdzie. Po prostu gdzieś. W otchłań siebie, gdzie można się zaszyć. I pić wódkę prosto z butelki do samego dna nie w celu upicia tylko ognia w środku, który wypali razem z tym demonem, który jest przecież. Choć go wcale nie prosiłam.

Ale przecież wiem.

Jestem.

Dla nikogo.

Może tylko w wyobraźni

można namalować mnie

niezbyt dokładnie

a ja…

Mnie nie ma

wcale.

I tylko mój zapach

czasem

gdzieś się przyniesie

wiatrem

na innej kobiecie.

Nie ma mnie.

I tylko kolor

moich oczu

mignie kotem

na dachu położonym.

Nie ma mnie.

I tylko mój smak

czasem znajdzie się

w owocu

rozgryzanym

zbyt silnie.

Bo mnie…

nie ma przecież

wcale.

Tomasz Alen Kopera – C13 (www.alenkopera.com)

Znalezione obrazy dla zapytania kopera