Widziałam dziś anioły. Delikatnie chodziły po gładkości puchu chmur układając stopy jakby bały się strącić okruchy chleba ze śniadania co spadły na podłogę bez uwagi. Ich oczy pełne troski patrzyły… za linią podłoża chodzili ludzie pośpiesznie. Dostałam kubek parującego mleka i bułkę z konfiturą truskawkową, kiedy nie patrząc na nie mijałam i nie widząc wcale, że jestem przecież w takim miejscu, po którym nie chodzę zbyt często. Bo nie pasuję tu w ogóle. A jednak… byłam tam… skupiona w sobie, by nie zgubić żadnego pyłu z drobin, które składają się na mnie. Jak obraz impresjonisty kroplami pędzla malowany w całość… z kobietą na nim w sukience długiej, zwiewnej i oczami jak zwierciadła pełne kwiatów.

Skrzydła. Zastanawiają tak mocno. Bo szumią ale nie tak jak przestawiane meble, raczej jak deszcz spływający po szybach wolnym strumykiem. Spokojąc bardzo. Zamknęły się nade mną i przykryły puchem. Łzy przestały smakować solą. Stały się jak krem o smaku wanilii i cynamonu rozlany po duszy w środku syropem – zanurzyłam w nim całe palce i smakowałam. Słodycz.

I nagle to wszystko co tkwiło wypadło. Zrzuciło się i skruszyło jakby nie było nigdy wbite ostrzem. Zobaczyłam inne zupełnie jak nie moje. Bez dotyku i myśli gonitwy. Choć wiedziałam, że to też ja. Jestem. Ta prawdziwa i tak bardzo niedoskonała. Wiem, że można… ale nie umiem.

Czy spotkałeś mnie już?

Zobaczyłeś?

 

Harry Styles – Singn of the Times