Stoję. Patrzę na moje dłonie. Namalowałeś je dla mnie tak pięknie. Ze wszystkimi detalami linii papilarnych, siatką linii, strukturą żył. A kiedy dotykam nie czuć. Nie zostawiam śladów, odwzorowań, nic, jakby mnie wcale nie było. Na stos równy poukładane emocje bez wymiaru we mnie. Choć tak mocno wyciągane były z półek zakurzonych za uszy. Wypadły z hukiem.  Uderzyły pozbawiając oddechu i dając tylko przyśpieszone bicie we mnie. Pulsu. Niezobaczeniem. Bo nie było ich – tak jak dotyku mojego. Nic. Choć zabolało… obojętnością i niezatrzymaniem. Stałam się jak mgła. Przeźroczysta, gdy schodzi z pól.

Dziś wpadły mi w ręce serca z kasztanów. Piękne, brunatne, ciepłe. Może powinniśmy od nich uczyć się… pierwsze liście spadają w poświacie nocnego światła gwiazd, bo księżyc gdzieś się schował równiutką połówką.

Stoję. I patrzę jak w muzeum. Na eksponaty zachowań nie moich choć znanych mi przecież. Nie odtwórczo zupełnie zbudowane. W misterne kompozycje ekspozycji do zobaczenia dla zwiedzających. Których nie ma tu wcale, bo czas dziwnym sposobem nie nie znalazł tu siebie wcale – ani miniony ani teraźniejszy.

Tak jak ja.

 

Vladimir Kush – Sunrise By The Ocean (http://vladimirkush.com)

Sunrise By The Ocean