Gesty, czyny, słowa. Tak potrafią…

jak zaprawa łączyć lub cegłę układać do mostu, by łatwiej było przejść. Lub zatrzasnąć drzwi też potrafią. Z hukiem.

A czasem gestami można całkiem wyświechtać przedsionki i komory i z kawałków trzeba wtedy składać.

Ale przecież, by była całość musi się najpierw rozkawałkować.

Całą rzeczywistość. I siebie.

Wartość… taka ulotna i ważna.

A ja nie mam nawet samochodu. Ale telefon mam co dzwoni czasem w środku nocy. Taka potrzeba… a dla mnie brak odpowiedzi jest, który milczeniem przybija mnie do ściany. Zimnej.

Dlaczego tu jestem? Wybucha mi w mózgu detonacją. Idę przed siebie choć chciałabym umieć odejść tak, aby mnie przez jakiś czas, może kilka dni lub lat, nie było. Gdziekolwiek. Byle gdzie, gdzie ktoś zauważy. I wtedy chcę zajrzeć w jego oczy tak głęboko, by zupełnie nie widzieć w nich siebie. Nic…

Poczuć pasję. Bez nakładania obroży, bez smyczy, bez spętania. Poczuć zew i poddać się bez ram. Całkowicie po kres. Stać się przynależną… do tego kto wie.

Kto nakarmi patrząc wprost. Bez wymijania…

Czy uwierzę?

 

Zbigniew Hinc – Zachód słońca na prowincji

(http://www.zbigniewhinc.cba.pl)

Podobny obraz