Wierzę. W tyle rzeczy wierzę jakich nie mogę dotknąć. Na Słowo ułożone równymi linijkami. Do czytania tylko… nie… do odczuwania. Też. Przede wszystkim. Choć tak łatwo temu zaprzeczyć szkiełkiem wyjętym z mikroskopu, odczynnikiem lakmusowym. Nie zmienia. Nie ma. Negacja. Nie we mnie… bo ja wierzę po prostu.

Same czasowniki we mnie. Potrzebuję. Zmieniam. Słucham. Dotykam. Krzywdzę. Milczę. Nie widzę. Tesknię. Zamykam. Kradnę. Uciekam.

Znikam. I gdybyś mnie nawet spotkał, gdzieś po swojej stronie drogi i tak nie zobaczyłbyś. Mnie. Wcale. Ze swoim empizryzmem nie uchwycisz nawet moich konturów, bo ja przemykam boso środkiem samym a ty patrzysz wnikliwie tak, że mnie nie ma… bo jestem. Taka ja. Jakiej wcale nie potrzebujesz. Bo zbyt… nadmiarem nierealnym pisana. Co wiarę ma… szkaradziejstwo.

Jestem… nieumiejętnie nierozsądna. Oporna jakoś na naukę życiową… samospełniające się życzenia i przepowiednie czarami rozsiewane przez ogół. Nie dotykające mnie nic. Żeden. Nie, nieprawda. Dotykające śladami oczu, które patrzą oceną.

Szukam siebie tak mocno. Tęskniąc. Wsłuchując się w słowa szeptane głową. Choć ważniejsze są te tłoczone przez miarowe uderzenia mięśnia, który podobno czuje najwięcej… wsłuchuję się w ten śpiew. Ciepłem rozlanym… dwugłos… i tak. Bywa, że nieogrzana rozwodzę się… najbardziej ze sobą samą.  Niekompletna. Bo mijam i wymijam takie kwestie… z pretensjami nie walczę – nie moje, nie wnikam. Ale bolą, wiesz? To zadziwiające, że bolą niesprawiedliwością. Bo chcę przecież tego koca, którego dla mnie nie masz.

Epoka lodowcowa… zimno jest, ludzie zamarzają i ptaki też. A ja nawet nie wyjmuję … swetra, tylko stoję rozpięta na tym wietrze. Jakbym krzyżem w powietrzu leżała. Grzeję się światłem. Bo nie błyszczę jak gwiazdy na niebie. To już wiesz… że prowadzę Cię jak żeglarza latarnią do brzegu. Jakiego sama nie umiem dla siebie dotknąć.

Ale wierzę mimo ciężkiej próżni nieba we mnie… wierzę w Słowo, noc, niebo, deszcz, poranek, zmierzch…

bo gdy nie patrzę…

są…

i nie umiesz nadal. Wlać mnie do szklanki zawartością. Bo się nie da wcale, więc tylko piasek przez palce przesypujesz z niemym pytaniem… dlaczego?

Zostałam dziś…

z nieobecnością przytuloną…

taka ja…

której nie ma…

 

Richard S. Johnson – Sunshine and Lace (http://www.sargentsfineart.com/artist/johnson.php)

Larger Image