Obserwuję dym ulatujący z komina. Wygląda jak czarna wstążka tiulu porywana przez wiatr. Wije się i nie zna celu swej wędrówki. A ja? Siedzę w czterech ścianach mojego wymarzonego kiedyś gniazdka.

Mój dom. Moja rodzina. I ja wśród nich – niczym obcy gość hotelowy, lub raczej obsługa. Dobrze działający automat – maszyna do wykonywania codziennych, powtarzalnych czynności. Samotna wśród bliskich mi ludzi. Najbliższych. Jak to możliwe, że przez kilka lat może się zmianić wszystko? On. Mój jedyny. O którego walczyłam z całym światem – byłam gotowa zaprzedać duszę diabłu byle tylko być z nim. Wydawało mi się, że to działa w dwie strony. Że On myśłi tak samo. Pomyliłam się. Teraz mijamy się bez słów – nie ma już nawet kłótni. O rozmowach już nie mówiąc – no bo o czym? Teraz mamy inne pasje, inne, zainteresowania. Dwa odrębne niczym nie zazębiające się światy. Właściwie łączy nas tylko – bądź aż – dziecko. Jedyny powód mojej egzystencji.

Gdzie podziała się we mnie ta dziewczyna pełna wiary w miłość. Bo ona jest niezwyciężona, niezłomna, jedyna i mocna. I co? I upadła, złamała się niczym wątła brzózka przytłoczona codziennością. Może to nie była miłość. Może tylko mi się tak wydawało, kiedy w oślepieniu leciałam do światła jak ćma. Nic dziwnego, że poparzyło…

Co mi pozostaje – tak wiem rozwód… dlaczego jednak tak ciężko mi się zdecydować… za mało oberwałam?…

Rozwód – i co dalej? Jak żyć… z tą moją kosmatą, nieoswojoną samotnością wciśniętą w najgłębsze zakamarki mojego ja? Boli mnie dusza…