Otwieram drzwi i wychodzę. Opuszczam to popieprzone własne życie. Którego jestem autorką.

Jakże to pięknem nęcąca myśl…

Z taką lubością piszę nowe wątki powielając historię, wciąż tą samą, w innych wariantach. Kiedy wydaje mi się, że jest dobrze, staje się. Nieuniknione. Które sprowadza mnie natychmiast do właściwego wymiaru. Tej chorej optyki mojego świata. Stworzonego w matrycy specjalnie dla mnie do doświadczeń. Ile jeszcze zniosę? Tych wspaniałą celnością wymierzonych batów. Na moich plecach bez czucia od ciągłego bólu.

Ja wciąż zawieszona w próżni. Wiszę bezwładnie. Bez ruchu, bojąc się oddychać. By nie przepłoszyć czucia trwania dla siebie. Tego zalążka bytu własnego dającego siłę. Z siebie samej czerpaną, bo nikogo tu nie ma. Trwam sama z niechcianym. Bo ono przynależne mnie jest tylko. Bezsennością znaczy moje oczy, bez oddechem wwierca moje płuca, bez krwią przenika do serca, bez miłością dotyka mnie całą. Ale przecież żyję jeszcze wciąż. Życiem… pełnym pustki.

Tak potrzebuję dziś dobrego słowa i spojrzenia. Tego, które nie przeniknie jak przez światło, ale zatrzyma mój kontur. Da złudzenie braku samotności. Pozwoli na chwilę zapomnieć. Jak bardzo jest mi źle.